Narzędzia dostępności

Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej

Dodatkowe narzędzia

Wtorek, 13 grudnia 2005

Udział Prezydenta RP w konferencji „ Transformacja w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.”

13 grudnia 2005 roku Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Aleksander Kwaśniewski uczestniczył w konferencji „Transformacja w krajach Europy Środkowo – Wschodniej” zorganizowanej przez Fundację  „ Amicus Europae”.
 
Otwierając dwudniową konferencję prezydent Aleksander Kwaśniewski powiedział m.in:
 
Cieszę się, że spotykamy się w Belwederze, w miejscu tak mocno wpisanym w polską  i europejską historię, że spotyka się tu  międzynarodowe grono ekspertów, także z zagranicy. Cieszę się, że poświęcimy uwagę najbliższych paru godzin fenomenowi  transformacji w naszej części Europy.
Nasze spotkanie jest wyjątkowe,  a może wręcz symboliczne. Jest to pierwsza konferencja zorganizowana przez założona przeze mnie Fundację „Amicus Europae”. Chcieliśmy w ten sposób zaprosić do wspólnego myślenia o najważniejszych  dla Polski, dla Europy procesach. Chcieliśmy stworzyć płaszczyznę do dyskusji i wymiany doświadczeń o tym, co stało się w ostatnich 16 latach w tej części świata. Chcieliśmy również, aby ta dyskusja była ponad różnicami, ponad naszymi biografami oraz innymi, różniącymi nas poglądami politycznymi. Żeby była rozmową, która będzie próbą wytyczenia wzorca otwartości, wspólnego pojmowania racji stanu,  który  chcielibyśmy, aby  w naszych krajach był  dominujący (....).
 
Panie i Panowie!
Okazja  do refleksji jest szczególna. Nasze spotkanie odbywa się trzynastego  grudnia. To jest data, która trafiła do podręczników historii, choć jak pokazują badania opinii publicznej, niekoniecznie jest tak bez kłopotów kojarzona przez młodsze pokolenie. Ale jest to data niewątpliwie przełomowa i dla Polski i dla państw dawnego bloku Związku Radzieckiego, a jestem przekonany, że również ważna dla świata. Trzynasty grudnia zapisał się boleśnie. To było jak cięcie, w tych wielkich nadziejach odradzającej się w Polsce wolności, która zaczęła torować sobie szeroko i zdecydowanie drogę. Jako zatrzymanie demokratycznych zmian i  marzeń o lepszym życiu. Będą historycy jeszcze długo dyskutować, czy decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego w grudni 1981 roku była historyczną koniecznością, mniejszym złem, czy  zmarnowaniem społecznego entuzjazmu, rozpalonego przez Polski Sierpień i epopeję „Solidarności”.  Ale ten dzień miał miejsce. I jestem przekonany, że możliwość dyskusji o trzynastym grudnia 1981 roku, dziś w wolnej Polsce, w wolnej Europie Środkowej, w krajach, które budują swoją demokratyczną przyszłość jest odpowiedzią  na wiele z  historycznych wątpliwości, choć na pewno nie uzasadnieniem dla konkretnych decyzji, jakie wtedy były podejmowane.
  Ta data kojarzy się nam również z ostrymi podziałami, które  miały miejsce, które mogły prowadzić wręcz do  rozlewu krwi i które kosztowały ofiary. Chcę wyrazić nadzieję, że będziemy nauczeni tą lekcją trzynastego grudnia, żeby cenić dialog, szukać porozumienia i kompromisu. Natomiast unikać, wszędzie i zawsze siły. Doświadczenia trzynastego grudnia w Polsce, doświadczenia pomarańczowej rewolucji z Ukrainy , doświadczenia wielu innych miejsc na świecie pokazują, że mimo wszystkich trudności, mimo wszystkich komplikacji, nawet najbardziej uporczywy, cierpliwy, trudny  dialog jest lepszy od siły, lepszy od sposobu militarnego i od zrywania tych więzi, które są tak istotne w życiu społecznym.
Nie chciałbym w tej chwili i ze względu na nowy etap, w której znajduje się i Fundacja i ja sam wracać do dyskusji nad wydarzeniami sprzed lat. Ale pozwólcie, że powtórzę moją ocenę, którą wypowiedziałem w 20 rocznicę tamtych wydarzeń. Wtedy mówiłem:   : Stan wojenny, wprowadzony w Polsce  13 grudnia 1981 roku, był złem. Zapewne nadal nie umilkną dyskusje  nad wszystkimi jego okolicznościami.  Będą przywoływane argumenty, to bardziej obciążające, to bardziej usprawiedliwiające, autorów stanu wojennego. Ale rozstrzygający jest werdykt historii. A ona pokazała, że obrona tamtej autorytarnej rzeczywistości PRL – była drogą do nikąd.
Ślepym zaułkiem w dziejach kontynentu była również tamta Europa, podzielona  na dwa wrogie obozy. Zastygnięta w równowadze strachu. Spętana z jednej strony  „doktryną Breżniewa”, a z drugiej oportunistyczną zasadą nieingerencji. Tamta Europa, która wydawała się grozić nam na stulecia – a rozwiała się w ciągu kilku lat, od roku 1989 do 1991,  pod presją bezkrwawych rewolucji.
Mamy powody do radości. Od niedawna data 13 grudnia ma też inną, optymistyczną wymowę. I teraz już warto wspomnieć, że ta data oznaczała również, iż 13 grudnia 2002 roku, na szczycie  w Kopenhadze, zakończyły się negocjacje Polski, i innych krajów z tej części kontynentu, o członkostwo w Unii Europejskiej. Wypełniły się nasze dążenia.  I  znaleźliśmy się znowu  w europejskim domu –  co dziś większość z nas traktujemy to jako coś zwyczajnego i  oczywistego. Myślę jednak, że dzisiaj, 13 grudnia,  powinniśmy spróbować wypowiedzieć słowa z patosem, słowa wielkie . Bo właśnie to zestawienie tych dwóch dat, tych dwóch epok w historii Polski i Europy, jest najlepszym komentarzem do tego,  czego dokonaliśmy. Ono pokazuje, jaka skala transformacji stała się naszym udziałem! (....).
 
Szanowni Państwo!
Chciałbym, abyśmy wspólnie wychylili się ku przyszłości. Jest przed nami kilka poważnych dylematów. Dotyczą one nie tylko Polski. Na te palące pytania musimy szukać odpowiedzi wspólnie, wraz ze wszystkimi uczestnikami Unii Europejskiej. Powinniśmy także brać pod uwagę opinie, dążenia naszych partnerów w regionie, którzy znajdują się dzisiaj poza integracyjnym kręgiem.
Polska połączyła swój los z jednoczącą się Europą. Zastanawiamy się, jakimi drogami pójdzie Unia Europejska, jakie rysują się przed nią perspektywy. Ważą się losy unijnego budżetu  na lata 2007-2013. Już w najbliższych dniach przekonamy się, czy dojdzie do zadowalającego,  choć na pewno niełatwego, kompromisu. Może się jednak okazać, że porozumienia nie będzie, a Unii Europejskiej grozi kolejny impas.
Chciałbym przestrzec, tych  wszystkich, tych którzy będą podejmować decyzję, że nie podjęcie decyzji o dobrym budżecie na przyszłość Unii będzie złym sygnałem.
 Po historycznym sukcesie, jakim było rozszerzenie wspólnoty w 2004 roku,  fiasko referendów konstytucyjnych  we Francji i Holandii podkopało europejski optymizm. Ujawniły się lęki ekonomiczne i społeczne, protest przeciwko dalszym planom integracyjnym. Traktat konstytucyjny zawisł w próżni. Nastąpiło zahamowanie unijnych reform wewnętrznych. Reform  kontrowersyjnych, ale niezbędnych. Takich, które miały nadać rozszerzonej wspólnocie większą spójność i skuteczność i  przygotować ją do wyzwań przyszłości. Coraz częściej słychać więc głosy, że projekt europejski popadł w kryzys.   Choć osobiście jestem przeciwny przyjmowaniu dramatycznego tonu,  ale  jednak  też nie mogę nie dostrzegać, że wszyscy, jako wspólnota, znaleźliśmy się w sytuacji trudnej.
I właśnie dlatego, tak newralgiczna staje się sprawa Perspektywy Finansowej  na lata 2007-2013. Potrzeba pozytywnego sygnału, potrzeba  sukcesu.  Trzeba pamiętać także,  że poprzez mechanizmy finansowe konstruujemy przyszłość. Od tego, jaki będzie unijny budżet, w dużym stopniu zależy, jaka będzie sama Unia. Jaki będzie jej model, jej priorytety?  Czy będzie wewnętrznie solidarna?  Czy chce umocnić swoją spójność, niwelować luki i podziały między członkami wspólnoty?  Czy zamierza być otwarta? Czy koncepcja otwartych drzwi Unii Europejskiej będzie jasna i przejrzysta, również dla tych, którzy stoją przed tymi drzwiami i którzy starają się o wejście.
Do dyskusji o budżecie wkrada się niezrozumienie spraw naprawdę podstawowych.  Gubi się sens tej idei, która jest jednym  z filarów zjednoczonej Europy – idei solidarności. Bywa ona trywializowana, wykoślawiana. Wielu rozumie ją jako przesłanie,  aby bogaci płacili na biednych. A przecież nie o to tutaj chodzi. UE nie prowadzi w gronie swoich członków działalności charytatywnej,  nie rozdaje zapomóg. Wszystkie kraje są płatnikami do unijnej kasy. To nie jest wybór między zamożnością  a solidarnością.
Solidarność europejską trzeba raczej postrzegać jako długofalową,  najlepszą inwestycję na  przyszłość. Wyrównanie poziomu życia na terenie wspólnoty daje gwarancję jej zrównoważonego rozwoju. W przeciwnym razie, mimo formalnego rozszerzenia, Unia będzie faktycznie składać się z dwóch klubów. Tych zamożniejszych i uboższych, tych dojrzalszych i mniej dojrzałych, tych lepszych i gorszych. Nie będzie w niej równości,  nie będzie stabilności. Stracimy więc wszyscy.
Takie wewnętrzne pęknięcie nie może sprzyjać budowaniu silnej pozycji wspólnoty Unii Europejskiej  na arenie międzynarodowej. Unia zaprzeczyłaby sama sobie, gdyby uległa pokusie bardzo często obecnej narodowych egoizmów. Przestałaby również być atrakcyjna dla tych, którzy zobaczyli w niej historyczny sukces i ponoszą, tak jak Polska, tak jak inne kraje, które wstąpiły do UE,  trudy transformacji. Którzy naprawdę zapłaciły wysoką cenę, żeby znaleźć się w tym gronie i żeby uzyskać szansę cywilizacyjnego rozwoju (...).
Panie i Panowie!
Z przedstawionymi przeze mnie problemami wiąże się też inne pytanie. Jak wytwarzać – i jak dzielić?  Jak powinien wyglądać europejski model gospodarczy i socjalny?  Pochłaniają nas dzisiaj wyzwania związane z globalizacją, z budowaniem  Jednolitego Rynku. Dzieje się to w sytuacji,  gdy nasze społeczeństwa się starzeją,  gdy więcej kosztuje opieka emerytalna  i zdrowotna. Wzrosła też liczba bezrobotnych, kosztowniejsze stają się zasiłki. Pod naporem tych wyzwań zastanawiamy się nad priorytetami.  Czego Europie potrzeba bardziej? Więcej rynku czy więcej interwencji państwowej? Elastyczności czy kontroli? Czy dotychczasowe osiągnięcia socjalne Europy są obciążeniem, negatywnie wpływającym na koszty pracy,  na konkurencyjność – czy też przeciwnie;  są wielkim osiągnięciem, są zdobyczą, są wzorcem, są modelem, który  Europejczykom pozwala na stabilizację sytuacji życiowej, na wydajność, na kreatywność?
To jest  pytanie, na które poszukujemy odpowiedzi i myślę, że nasza Fundacja może tu być użytecznym miejscem spotkań i rozmowy na ten temat. To jest przecież dylemat bardzo istotny tu w Polsce, gdy mówimy nie tylko o polityce europejskiej, ale gdy mówimy także o naszych wewnętrznych problemach.    Przez dziesięciolecia, tkwiąc jeszcze  w gospodarce niedoboru czy stawiając pierwsze kroki w systemie wolnego rynku, byliśmy zafascynowani sukcesami państwa opiekuńczego. Mówiliśmy z zachwytem, czy nawet z  nadzieją, że uda nam się spełnić taki właśnie model  – niemiecki, francuski, czy skandynawski.  Dzisiaj j w Europie trwa dyskusja, czy te modele w ogóle są do zrealizowania. Czy nie należy odjeść na rzecz modeli skromniejszych,  dużo bardziej uwzględniających samo odpowiedzialność obywateli za ich przyszły los.  To wszystko są kwestie niezwykle istotne, niezwykle praktyczne, niezwykle społeczne, polityczne, trudne i wierzę, że możemy, jako grono osób, jako Fundacja być użyteczni w dyskusji o modelach socjalnych, o systemach podatkowych, o wzroście gospodarczym i o tym przede wszystkim, jak  możemy, my w tej części Europy nadrobić nasze cywilizacyjne zaległości (....).  
 
Poleć znajomemu