| | |
A | A | A
Środa, 2 grudnia 2009

Pierścionek pod choinkę

Wywiad ukazał sie w grudniowym wydaniu "Sukcesu". Rozmawiała Elżbieta Pawełek
 

Spotykamy się w sali Rokoko, którą bardzo lubi Maria Kaczyńska. Na ścianach XVIII-wieczne portrety arystokratek. Na podłodze dywan w drobne wzory, świeże kwiaty na stole. To tutaj najczęściej Pani Prezydentowa spotyka się z żonami głów państwa, małżonkami ambasadorów, z dziennikarzami. Stąd można przejść do Sali Białej, gdzie prezydent zazwyczaj przyjmuje swoich gości. Sala Rokoko sąsiaduje z kaplicą, w której codziennie o godzinie ósmej rano jest odprawiana Msza Święta. W oknach niebieskie witraże – niektórzy pracownicy Pałacu Prezydenckiego twierdzą, że to miejsce działa na nich kojąco. Zapadamy się w głębokich fotelach. Kelner przynosi dwie filiżanki herbaty.

 

Czy w wigilię po ogłoszeniu stanu wojennego myślała pani, że kiedyś trafi do Pałacu Prezydenckiego?

 

Chyba Pani żartuje – w tamtych czasach? W PRL? Walczyliśmy o demokrację, o zmiany, i nikt wtedy o żadnych stanowiskach nie myślał. Czasami w żartach mówię do męża: „ wyszłam za Ciebie, bo wiedziałam, że będziesz prezydentem” (śmiech). Po latach, nawet, gdy z sondaży wynikało, że wybory mogą być wygrane, jeszcze nie wydawało mi się to realne. Rankiem, po ogłoszeniu wyników, myślałam, że dalej śnię. A w grudniu 1981 r.   wydawało się, że to koniec, że zawalił się świat....  W nocy z 12 na 13 zabrali męża z domu. Najpierw myślałam, że na chwilę, a okazało się, że trwała ona prawie rok. Zima była wówczas bardzo mroźna, zasypało całą Polskę.  Nie myślałam wtedy o świętach, tylko szukałam męża.

 
Nikt nie powiadomił pani, gdzie jest?
 

Nie. Parę minut po północy wkroczyli do mieszkania panowie z bezpieki i milicja. Kazano mężowi ubrać się ciepło i wyprowadzili. Poinformowano  tylko, że 12 grudnia 1981 wydany został dekret o stanie wojennym. Dokąd go zabrali, dowiedziałam się dopiero 22 grudnia. Był w Strzebielinku, w więzieniu  dla recydywistów pod Wejherowem, dokąd zwieziono większość działaczy „Solidarności” z Trójmiasta. I był to dla mnie mimo wszystko szczęśliwy dzień, bo wiedziałam, gdzie jest, dostałam zgodę na widzenie i mogłam zawieźć paczkę żywnościową. Wigilię 81’ spędziłam z naszą półtoraroczną Martą u przyjaciół. Była to smutna Wigilia, bo wszyscy byliśmy wstrząśnięci tragicznymi wydarzeniami  trwającego od dwóch tygodni stanu wojennego. 

 

Stan wojenny trwał, jakie były te kolejne wigilie? Nie bała się pani, że znów przyjdą po męża?

 

Oczywiście, że bałam się, ale w tamtych czasach człowiek był na to przygotowany. W grudniu 82 mąż już był na wolności.  Żyło się dniem bieżącym. Przed pierwszą rocznicą wprowadzenia stanu wojennego wybrałam się do zaprzyjaźnionej kosmetyczki, która mieszkała w sąsiednim wieżowcu. Leszek został z malutką córką w mieszkaniu na dziesiątym piętrze, które wynajmowaliśmy w Sopocie. Leżę sobie w gabinecie z ziołową maseczką na twarzy, a tu nagle dzwonek do drzwi. Słyszę głos męża. Okazało się, że zatelefonował do niego Bogdan Borusewicz, że mają zgarniać i lepiej nie nocować w domu. Kosmetyczka natychmiast zmyła mi maseczkę i już nie wróciliśmy do domu. Nocowaliśmy u przyjaciół. Takie sytuacje zdarzały, ale tamtą Wigilię z 1982 roku miło wspominam,   bo po raz pierwszy z mężem i malutką Martą pojechaliśmy pociągiem do Warszawy, do moich teściów i do rodziny.

 
Święty Mikołaj już czekał na gości?
 

Nie, u nas panuje tradycja aniołków przynoszących prezenty pod choinkę. Mikołaj przychodzi 6 grudnia. Ten zwyczaj panował w naszych rodzinach. Po kolacji Jarek – brat męża – powiedział: „chyba trzeba otworzyć okno, może już przyleciały aniołki na Żoliborz”.  Wyszliśmy z pokoju, a powrocie pod choinką zaroiło się od prezentów. Stał tam też drewniany konik na biegunach. Marta oniemiała na jego widok. Długo jeszcze wierzyła w  aniołki i Mikołaja, aż do feralnej choinki na uniwersytecie u męża. Miała wtedy już 4 latka, wróciła do domu nieco smutna, bo odkryła, że nie to nie był prawdziwy Święty Mikołaj. Zauważyła kołnierzyk od koszuli, który wystawał spod czerwonego mikołajowego płaszcza. Rozczarowanie było ogromne.

 

Zdradzi pani, co dostawała pod choinkę od męża? Słyszałam, że najchętniej kupował pani pierścionki.

 

Były to różne prezenty, przeważnie coś z biżuterii, swego czasu wisiorki, pierścionki, perełki, serduszka... Zapamiętałam fioletową, aksamitną sukienkę, którą nie byłam zachwycona, ale tego wieczoru musiałam się z niej cieszyć. Wigilia zawsze była się okazją do popisów kulinarnych, w czym nie byłam zbyt mocna. Pamiętam, jak będąc jeszcze młodą mężatką, chciałam upiec tradycyjny kulebiak. Musiałam przygotować ciasto drożdżowe. Nie miałam wielkich doświadczeń w wyrabianiu tego ciasta.  Przygotowany według przepisu zaczyn zaczął rosnąć tak, że nie mogłam dać sobie z nim rady. Wezwałam na pomoc męża. Wkrótce oboje mieliśmy ręce pełne ciasta, które wciąż rosło i wypływało z miski. Tak naprawdę w tajniki sztuki gotowania wprowadziła mnie moja przyjaciółka, gdy miałam już dziecko i sama musiałam gotować.  Wcześniej żywiliśmy się z mężem poza domem. Jadałam obiady w stołówce Instytutu Morskiego, gdzie pracowałam, a mąż w jakiejś knajpce lub stołówce uniwersyteckiej.  W niedzielę obiad przygotowywałam w prodiżu, bo nawet nie mieliśmy prawdziwej kuchni. Taką sztandarową potrawą, którą lubię do dziś, były ziemniaki posypane kminkiem, pieczone z białą kiełbasą. Chociaż pod koniec lat 70 wcale nie tak łatwo było zdobyć tę kiełbasę.  

 

Podobno ta najbardziej dramatyczna wigilia zdarzyła się nie w stanie wojennym, ale wiele lat później, w 2001 roku

 

Rzeczywiście, chociaż wcale się na to nie zanosiło. Mąż był posłem na Sejm RP, a Wigilię mieliśmy spędzić z rodziną u mojego brata. Marta przyjechała wtedy z Sopotu, ku mojemu przerażeniu w cieniutkiej kurteczce, a w Warszawie zimno i plucha. Jedziemy świątecznie ubrani z potrawami wigilijnymi i prezentami, jesteśmy na moście Świętokrzyskim i nagle „siadają” światła w samochodzie.  Skręcamy, a za mostem samochód staje i nie chce ruszyć.  Jest 17-ta, ciemno, wszyscy trzęsiemy się z zimna, a samochód  ani drgnie. Przypomniał mi się od razu ten nasz maluch, którego tak eksploatowałam przez cały stan wojenny, aż go zajeździłam do końca, ale on mi takiego „figla” nigdy nie spłatał. Bezskutecznie próbowaliśmy zamówić taksówkę przez komórkę, ale tego wieczoru nie sposób było gdziekolwiek się dodzwonić. Tylko dzięki pomocy przyjaciół dotarliśmy na Wigilię mocno spóźnieni.

 

Najbardziej kolorowe wydają się wigilie dzieciństwa. Mieszkała pani w leśniczówce w Borach Tucholskich, choinka była prosto z lasu?

 

Już nie pamiętam, kto ją przynosił z lasu, ale zawsze była ogromna. Był to czas magiczny, bajkowy. Mieliśmy sarenkę Basię i niesfornego jelonka, który zawsze przewracał mojego brata. Na wigiliach w leśniczówce zbierało się dużo krewnych i znajomych. Rodzice, jak i krewni, byli repatriantami z Wileńszczyzny i osiedlili się w tym samym rejonie. W Nowej Brdzie tata był leśniczym, a mama uczyła w szkole w pobliskim Złotowie. Kiedyś zachwyciła się Rabką, a ponieważ tamtejszy klimat służył wątłym dzieciom, to w trosce o nasze zdrowie zdecydowała się zamieszkać w Rabce na stałe. Była silną kobietą, nie bała się zmian. Znalazła mieszkanie i pracę w sanatorium. Nasze rabczańskie wigilie były inne, ale również je miło wspominam. Pamiętam, że przed świętami robiliśmy z bratem zabawki na choinkę z kolorowego papieru. Chyba do dziś jest w mojej biblioteczce książka „Zabawki na choinkę” z wzorami różnych ptaszków, kotów, gwiazdek...etc., które można było wyciąć z papieru i skleić. Lubiłam ten czas. Teraz choinki są takie „profesjonalne”. Na tych „domowych” oprócz tradycyjnych bombek wisiały różne kolorowe łańcuchy, srebrne gwiazdy, wycinanki, ozdobne długie cukierki w kolorowych celofanach, wypiekane piernikowe gwiazdki i księżyce, a nawet rajskie jabłuszka, które można było schrupać.

 

Urodziła się pani z wadą serca i  pewnie była szczodrzej obsypywana świątecznymi prezentami od innych?

 

Czasami mówię, mówię, że zaczęłam swoje życie z opóźnieniem, bo nie mogłam biegać, bawić się jak moi rówieśnicy, szybko się męczyłam. Byłam dzieckiem chowanym pod kloszem, ale nie rozpuszczanym i wcale nie dostawałam więcej pieszczot czy prezentów niż mój brat. Byliśmy tak samo kochani. Pamiętam, jak mama czytała nam książki, z jednej strony siedziałam ja, z drugiej - brat lub leżeliśmy razem na tapczanie i przeżywaliśmy losy bohaterów. Ale mieliśmy z bratem też obowiązki – szkołę, sprzątanie, dwa razy w tygodniu lekcje pianina, które chociaż były dodatkowym obowiązkiem, bardzo lubiłam.

 
Mama na wigilię robiła wileńskie smakołyki i kutię?
 

W zasadzie to ja wprowadziłam kutię do wigilijnych potraw, jak już byłam dorosła.  Mama była trochę oderwana od spraw domowo-kuchennych, zawsze zajęta praca zawodową. Taka „siłaczka”. Kuchnia nie była jej pasją, chyba ją nawet trochę nudziła. Robiła natomiast świetne naleśniki i placki ziemniaczane. To nie były czasy sprzyjające pielęgnowaniu tradycji, ale zawsze był barszcz, uszka, karp i kompot z suszonych owoców. No i obowiązkowo makowiec. Pamiętam, że na pierwszym roku studiów, gdy przyjechałam na święta do domu, to karp pływał w wannie, a mamy nie było, bo w tym czasie zajęta była dekoracjami świątecznymi w rabczańskiej kaplicy. Potem źle się poczuła i trafiła właśnie w wigilię do szpitala...więc święta spędziliśmy z mamą w szpitalu. Parę lat później przyjechałam na święta z Gdańska do Rabki po tragicznych wydarzeniach 1970. Miałam wówczas wrażenie, że znalazłam się w innym świecie. Wszędzie biało, śnieg i cisza przerywane tylko dzwonkami sań. Atmosfera już świąteczna, której nie było wtedy w Gdańsku. Ludzie co nieco wiedzieli, ale nie do końca. Przecież nie było wtedy komórek, internetu a nawet na połączenie telefoniczne trzeba było długo czekać. A prasa, radio zdawkowo informowały...początkowo nawet o zamieszkach chuligańskich.

 

Pamięta pani pierwszą wigilię w wolnej Polsce? Miesiąc wcześniej upadł  mur berliński, potem cały naród siedział przed telewizorami, bo miała nastąpić zmiana władzy.

 

Cały ten czas pamiętam, bo mąż był w centrum tych wszystkich wydarzeń, pamiętam moment zwycięstwa wyborczego w 89,  Marta miała wtedy 9 lat. A wigilia była w u nas Sopocie. Żałuję, że mój ojciec nie dożył tego momentu, zginął w wypadku samochodowym w 1976 r.  Ilekroć do niego przyjeżdżałam  zawsze słuchał radia Wolna Europa, które trzeszczało niemiłosiernie. Opowiadał czasem o wojnie, o partyzantce i AK. Zawsze wiedziałam, że był Katyń, bo w domu się o tym mówiło. Wychował się w patriotycznej rodzinie : stryj Witold został zamordowany w Katyniu, stryj Józef, zwany Ziukiem, który walczył pod Monte Casino, ciężko ranny został zawieziony do Anglii, potem mieszkał w Argentynie.  Grób  trzeciego stryja Władysława, zamordowanego przez bolszewików na  Wileńszczyźnie, niedawno odnaleziono.  

 

Wolność  dała wszystkim paszporty, a przynajmniej zdecydowanej większości z nas. Nie kusiło pani, żeby spędzić wigilię gdzieś pod palmami?

 

Nigdy nie myśleliśmy, o tym by spędzać Wigilię gdzieś poza Polską, a na zimowe wakacje pod palmami po prostu nie mieliśmy wtedy ani czasu, ani pieniędzy. Poza tym w innych krajach Wigilie nie  są tak nastrojowe jak Polsce. Polacy z zagranicy przyjeżdżają na święta do kraju albo gdzieś daleko urządzają polskie wigilie.

 

Jaka była ta pierwsza wigilia w pałacu  po zaprzysiężeniu Lecha Kaczyńskiego na prezydenta?

 

Spędziliśmy ją pod Warszawą w gronie rodzinnym, bo 23 grudnia odbyło się zaprzysiężenie i dopiero tego dnia weszliśmy po raz pierwszy do Pałacu jako jego mieszkańcy i gospodarze.

 
Słyszałam, że prezydent go nie lubi?
 

Nie przepada za naszym apartamentem, który uważa za zbyt duży. Nie czuje się jak w domu. Miło zaś wspomina mieszkanie na Powiślu, które wynajmowaliśmy w pięknej, starej kamienicy i gdzie świetnie się nam mieszkało przez 3 lata. Mieszkanie w pałacu prezydenckim ma plusy i minusy. Nie wychodzi się stąd prosto pod kamerę jakiegoś natrętnego fotografa, a poza tym gdy trzeba zmienić krawat czy garnitur, to po prostu trzeba wejść piętro wyżej. Jest całodobowa ochrona BOR.

 

To chyba nie jest przeszkodą w urządzeniu kolacji wigilijnej?  Ile osób zaprosi pani w tym roku?

 

Jak zawsze przy świątecznym stole zbiera się cała nasza rodzina. Przyjeżdża córka z mężem i wnuczkami, mama męża z bratem Jarosławem, mój brat z bratową, koleżanka, która jest samotna, ksiądz kapelan, czasem brat cioteczny męża. Dwa lata temu była jeszcze ciocia Irena...ale już jej nie ma na świecie. Będzie jak zwykle 13-15 osób. Zaczynamy uroczystość wigilijną od dzielenia się opłatkiem i składamy sobie życzenia. Potem zasiadamy przy stole, bez wyznaczania karteczkami miejsc jak na oficjalnych przyjęciach.

 
Kota Jarosława też liczymy?
 

 Nie, bo nasz nie lubi konkurencji. Kiedyś ciocia przyszła ze swoją psicą i nasze psy były bardzo zazdrosne, więc zwierząt nie zapraszam.

 
Prezydent na głównym miejscu?
 

Skądże!  Mąż nie jest fanem protokołu, tym bardziej na rodzinnych uroczystościach. W tym roku trzeba będzie zacząć wigilię trochę wcześniej, bo podczas ostatniej najmłodsza wnuczka zasnęła nie mogąc doczekać się chwili szukania pod choinką prezentów. Zresztą wszyscy lubią te „aniołkowe” chwile i cieszą się jak dzieci. Zawsze staram się, żeby dla każdego była miła niespodzianka. 

 
Na czyjej głowie jest kupno prezentów?
 

Prezentami dla naszych gości zwykle ja się zajmuję. Zawsze sobie obiecuję, że przygotuję je wcześniej. Zgroza, gdy trzeba naraz zapakować tyle prezentów i każdemu coś wymyślić. Teraz o tyle łatwiej, że są ładne torby, do których można po prostu włożyć prezent, podpisać i gotowe. Ale  mój zięć  tradycyjnie lubi pakować prezenty w kolorowy papier, to już zabiera więcej czasu.

 

Czy dla Rudolfa, pałacowego kota i psów prezydenta są przewidziane jakieś niespodzianki, na przykład michy świątecznych przysmaków?

 

Nie jest zbyt zdrowo,  kiedy jest za dużo przysmaków, ale coś tam dostaną, jakiś smaczek, żeby miały radość. Kot Rudolf  jak czegoś bardzo chce, to skacze wysoko, łapie za rękę lub nogę i miauczy.  Tytus, szkocki terier, bardzo  lubi biegać za piłeczką, wiec może pod choinkę jakąś zabawkę dostanie. A nasza Lula znaleziona przez mojego męża na stacji paliwowej w Mławie zawsze ma wielki apetyt, więc może dostanie jakiegoś frykasa do długiego gryzienia. 

 

Myśli pani, że następna wigilia  też będzie w pałacu?

 

Wybory to rozstrzygną, ale jeszcze nie ma kampanii, nie ma decyzji, więc o tym nie myślę.

 

W urzędzie stołecznym mówiło się, kiedy mąż nim kierował, że tylko przez panią Marylkę można szybko załatwić sprawę u prezydenta. Nazywano panią szarą myszką, ale taką, która dużo może.

 

Nie, to chyba raczej któryś z pracowników miał fantazję mówiąc tak. W szkole nazywano mnie Muszką, a czasem muchą tse-tse. A mąż mówi do mnie: Maluszku.

 
A jak jest zły?
 
To nie mówi.
 

Wspiera pani różne akcje charytatywne, komu w święta chciałaby pomóc najbardziej?

 

 Nie da się pomóc wszystkim. Co roku jestem na spotkaniu opłatkowym w szkole na Brzeskiej, gdzie uczą się dzieci po porażeniu mózgowym. Dzieci bardzo lubią, gdy spędzam z nimi ten magiczny czas, jest choinka, szopka, prezenty, dzieci przebrane za aniołki, wspólne śpiewanie kolęd i składanie sobie życzeń.

 

Poleć znajomemu