Pielęgnowanie uczuć

Barbara Henkel

W momencie naszego poznania Olek kończył już studia, a ja byłam na III roku prawa. Szybko zaproponował mi małżeństwo. Nie byłam na to gotowa, jeszcze miałam zadrę w sercu po rozstaniu z poprzednim chłopakiem. Chciałam też skończyć studia. Olek czekał wytrwale. Sympatyczny, przebojowy, towarzyski - działał na mnie jak balsam, wyciągał mnie z moich smutków. Koledzy z Uniwersytetu Gdańskiego opowiedzieli mi później, że Olek już po naszym pierwszym spotkaniu, na prywatce, był pewny swego: "Zobaczycie, że ożenię się z Jolą". Jak w sprawach publicznych, tak i w prywatnych jest człowiekiem zdecydowanym.

Mąż jest "zwierzęciem" politycznym i tego się ukryć nie da. Od dawna przyjęłam ten fakt do wiadomości ze wszystkimi jego konsekwencjami. To wielki honor i satysfakcja - także dla mnie - że wygrał wybory w roku 1995, a jeszcze większy, że został wybrany na drugą kadencję i to przy wysokim poparciu społeczeństwa.Ludzie wyczuwają, że nie robi niczego tylko po to, aby się komuś przypodobać, nie rzuca słów na wiatr. W podejmowaniu ważnych decyzji jest stanowczy, odpowiedzialny, tak samo jak w życiu codziennym. Podchodzi do każdej sprawy uczciwie, niepartykularnie. Przecież od jednego jego podpisu zależy czasem poziom ludzkiej egzystencji. Znajomi mówią w przenośni, że przy nim można zostawić spokojnie portfel na stole, a własne dziecko powierzyć jego pieczy.

Z chwilą zaprzysiężenia nasze życie prywatne zostało postawione na głowie. Politykiem się nie jest od godziny 8 do 16. Prezydent właściwie nie ma normalnego urlopu. Nawet gdy przenosimy się z Pałacu Prezydenckiego na Półwysep Helski, mąż spędza wiele czasu przy telefonie, dostaje dziesiątki faksów, przegląda przywiezione przez pracowników dokumenty, ale jednocześnie nasze życie jest bardzo urozmaicone. Odbywamy wiele podróży, a ja lubię poznawać świat i przede wszystkim interesujących ludzi, co jest nam przy tej okazji dane. Traktuję to jako przywilej.

Brzmi to może paradoksalnie, ale teraz, związani obowiązkami prezydenckiej pary, bywamy nawet częściej razem - choć zwykle pod ostrzałem kamer - niż wtedy, gdy każde z nas miało tylko swoje powinności. A muszę tu dodać, że mąż był zawsze pracoholikiem i tkwił w wirze życia społeczno-politycznego. Były takie okresy, że większość spraw domowych spadała na mnie. Zdarzało mi się nawet zastępować nadmiernie "pozadomowego" małżonka, którego porywały ważne akcje publiczne, w kontaktach z jego i moją rodziną. Wiele czasu zabierali mu także wszechobecni koledzy. Podczas pierwszej kadencji też był zresztą nadmiernie zapracowany. Nie wychodził ze swego biura przed północą. Na szczęście teraz już nam się udało ujarzmić nasze obowiązki i mąż stara się wracać trochę wcześniej (koło ósmej wieczorem!!!) do domu. Za to często korzysta z bezpośredniej łączności telefonicznej, aby - nawet, gdy jest najbardziej zajęty - szepnąć mi ciepłe słowo. Nie zapomina przysłać mi kwiatów na lotnisko, gdy wracam sama z podróży, jak ostatnio z Alaski, gdzie byłam na światowych Igrzyskach Olimpiad Specjalnych. W tym czasie hołubił mojego ojca, może nawet bardziej niż ja.

Czułość

Po minie poznaję, gdy go coś gnębi. Robię wtedy dla odprężenia coś smacznego na kolację przy świecach, puszczam muzykę. A naczynia zmywa Ola albo mąż. Oboje mówią, że szkoda moich paznokci. Mąż lubi też czasem kucharzyć, wymyślać kompozycje z niczego. Przy tej okazji udało mi się odkryć przed nim uroki grzybobrania. Tak go to wciągnęło, że stał się wytrawnym grzybiarzem. W naszym domu są zawsze własnoręcznie zebrane grzyby, które suszymy, marynujemy, zamrażamy. Nasi goście - z koronowanymi głowami włącznie - chwalą prezydencką zupę grzybową.

Wiem, że - i tak już przeciążonego sprawami wagi państwowej - męża sama dodatkowo obciążam problemami z moich spotkań w szpitalach, hospicjach, ośrodkach pomocy społecznej, sprawami mojej Fundacji Porozumienie bez barier, która zatacza coraz szersze kręgi. Razem, jako para prezydencka, stworzyliśmy Fundusz Pomocy Młodym Talentom, a także patronujemy Unii Onkologii Polskiej, aby przeciwdziałać temu groźnemu zabójcy, jakim są choroby nowotworowe.

Oprócz wielkich spraw liczą się w życiu drobiazgi. Mąż był dumny, gdy udało się założyć karmnik dla ptaków. Ułatwiłam mu trochę zadanie, zdobywając dopasowane części, więc sam nie musiał heblować deseczek. We troje czekaliśmy niecierpliwie, kiedy przylecą pierwsze ptaki.

Dobraliśmy się bardziej na zasadzie podobieństw niż przeciwieństw charakterów. W chwili spotkania, w naszych latach studenckich, oboje byliśmy ludźmi dynamicznymi, aktywnymi, należeliśmy do liderów środowiskowych. Ja byłem szefem rady uczelnianej. Jola działała energicznie wśród studentów na Wydziale Prawa, świetnie prowadziła klub Paragraf, w którym się umawialiśmy. Łączyła nas też otwartość na ludzi i świat. Chcieliśmy mieć bezpośredni wpływ na to, co dzieje się wokół nas. Ani Jola, ani ja nie lubimy bierności. I to, oprócz miłości, także przyciągało i przyciąga nas do siebie.

Wrażliwość

Akceptuję ją taką, jaka jest - ze wszystkimi cechami, bo w mojej ocenie jest prawie idealna. Nie chciałbym w niej niczego zmienić - w myśl znanego powiedzenia, że lepsze jest wrogiem dobrego. W okresie przedprezydenckim miała pewne kłopoty z mieszczeniem się w reżimie czasu (jak wiele kobiet). Już trzeba było wyjść na spotkanie, a moja żona kończyła jeszcze makijaż. Gdy ją popędzałem: Jolu, spóźnimy się..., odpowiadała zabawną formułkę, z której do dziś żartujemy: Dobrze, dobrze, to ty już przełóż klucz na drugą stronę..., jakby to mogło przyspieszyć sprawę. To był wdzięk Joli. A teraz ona należy do najbardziej zdyscyplinowanych osób.

Do dziś mam w pamięci obraz Joli z naszego pierwszego spotkania - zgrabnej dziewczyny w dżinsach, zielonym sweterku (który przywiozła z pierwszej zagranicznej wycieczki do Włoch, jak mi powiedziała) i te jej fantastyczne włosy, długie, do pasa, naturalnie kasztanowe. Później stały się one nawet powodem konfliktu między nami. Pamiętam to dramatyczne spotkanie na dworcu, gdy wracała od rodziców z naszą Oleńką i zobaczyłem, że moja żona obcięła swoje piękne włosy (którymi zresztą nie tylko ja się zachwycałem). Nie mogłem jej tego darować. Ale cóż, temperament nie pozwala nam na ciche dni.

Spełnienie

W rolę prezydentowej weszła z klasą. I przejęła na siebie, z własnej woli, wiele obowiązków, którymi nie musiałaby się dodatkowo obarczać. W dziedzinach związanych ze zdrowiem jest dla mnie nieocenionym źródłem informacji. Gdy jesteśmy za granicą i przychodzi rozmawiać po angielsku o białaczce, nowotworach, zawałach serca, zaskakuje swoich rozmówców biegłością, znajomości tematu i fachowych terminów.

Trafnie komentuje codzienne wiadomości z kraju i ze świata, relacje telewizyjne na bliskie jej tematy. Lubi na gorąco konfrontować to, co widzi w telewizji, z sytuacjami, które sama ogląda na co dzień. A jej opinie, dotyczące nie tylko polityków, są bardziej bezkompromisowe niż moje. Wbrew pozorom to kobiety, choć z natury łagodniejsze, oceniają świat ostrzej niż mężczyźni. Może to wynika stąd, że my, politycy, po wielu latach działalności publicznej jesteśmy bardziej wygładzeni - jak ten kamień, przez który przepływa nieustająco strumień - czyli nurt wydarzeń.

Z uwagą wsłuchuję się w opinie mojej córki Oli - studentki II roku psychologii a także w opinie jej chłopaka. Chciałbym, aby skorzystała z szans danych jej pokoleniu, przed którym jest otwartych wiele drzwi. Żeby miała tę dobrą siłę przebicia, zachowała otwarty stosunek do ludzi. Na szczęście nie robi na niej wrażenia fakt, że jest prezydentówną. Normalna dziewczyna! I niech będzie taka jak do tej pory.

Przed kampanią wyborczą żona dzieliła się ze mną swoimi wątpliwościami. Wiedzieliśmy, że oprócz honorów i zaszczytów czeka nas ograniczenie prywatności, która sprowadza się do powierzchni apartamentu. Nawet podczas atrakcyjnych wyjazdów zagranicznych grono fotoreporterów nie pozwala nam spokojnie obejrzeć żadnego zabytku czy krajobrazu. Trzeba się poddać reżimowi kalendarza, obowiązków, protokołu dyplomatycznego. Czasem, gdy jesteśmy zmęczeni lawiną zdarzeń dnia, powtarzamy znany dowcip, w którym to matka, pochylając się nad synem, mówi: Musisz iść do tej szkoły, bo ty tam jesteś dyrektorem. Jednego staram się przestrzegać: żeby nie przynosić dokumentów do domu, który uważam za azyl. Wolę zostać dłużej w biurze i załatwić tam wszystkie sprawy na czysto. Żona, chociaż w tej sprawie zawarła ze mną pakt, rozkłada jednak czasem jakieś służbowe listy na poduszce. I wtedy jej przypominam, że łóżko to nie biurko.

Cenię to, że moja żona dobrze pływa, gra w tenisa, świetnie jeździ na nartach. I nawet w trosce o moją kondycję zachęciła mnie, abym wrócił na trasy narciarskie. Po latach zaniedbania tego sportu odkryłem na nowo, że jest to jedna z najwspanialszych rzeczy. Być razem w górach, na śniegu. Do jednego, choć próbowała różnych podchodów, nie udało się żonie mnie namówić do porannej gimnastyki. Sama ćwiczy systematycznie co rano. Za co ją szczerze podziwiam.

Gdy moi partnerzy w rozmowach gratulują mi popularności wśród społeczeństwa, mówię otwarcie, że jestem dopiero na trzecim miejscu - po Papieżu i Jolancie Kwaśniewskiej. A teraz, po udanych skokach Małysza, będę chyba musiał przerzucić się na czwarte miejsce.

Rozmawiała BARBARA HENKE