W polityce trzeba wierzyć, że można osiągnąć coś, co wydaje się niewyobrażalne. Optymizm buduje wielkie rzeczy. My to zrobiliśmy.

Od kogo dowiedział się Pan, że rozmowy zakończyły się sukcesem?

Co to były za dramatyczne momenty, w których rozmawiał Pan z Kalinowskim?

O takich szczegółach rozmawiał Pan z Kalinowskim?

Cóż to znaczy?

O której wiedział Pan, że Kopenhaga zakończyła się sukcesem?

A potem była ogromna radość?

Panie Prezydencie, czy ta niezwykle nieustępliwa postawa polskiego rządu w końcówce negocjacji to częściowo efekt prawicy, która zaczęła mówić, że od daty ważniejsze są warunki integracji?

Choć postulat rezygnacji z daty wejścia do Unii był nadzwyczaj ryzykowny. Tu niczego by się nie dało przesunąć o miesiące, wszystko by się przesunęło o lata i nieuchronnie kierowałoby Polskę do dyskusji o przystąpieniu do Unii już z 24 krajami. I to z krajami, które są trudne - z Bułgarią, Rumunią i Turcją. Cieszę się, że Polska będzie rozmawiała o tym, jak te kraje będą się integrować z Unią, jako jeden z ważnych krajów Unii Europejskiej, a nie, że tak powiem, "sąsiad zza drzwi".

Czy była możliwość, że premier wróci z Kopenhagi bez porozumienia?

Czyja to zasługa?

Swoje zasługi ma i "Solidarność", która kiedyś otwierała drzwi Europy, i prezydent Lech Wałęsa, i ludzie wszystkich obozów politycznych.

Co znaczy dla Pana osobiście to, co się stało w Kopenhadze?

Wchodzimy do Unii, to jest impuls, który może nas przybliżyć do ważnych standardów, które nie są w najmniejszej sprzeczności z naszym dziedzictwem narodowym. Dzisiaj więc dopełnia się cała koncepcja mojej prezydentury. Oczywiście przede mną jeszcze referendum.

Co zrobić, by go nie przegrać?

Zakłada Pan pozytywny wynik referendum?

Rozmawiała Agnieszka Kublik