W środku nocy, żeby nie powiedzieć, że tuż nad ranem przyjął Pan premiera Millera w Pałacu, aby usłyszeć oficjalnie o wyniku negocjacji. Ale nie było tak banalnie, przecież nie powiedział Pan: "Gratuluję, to świetny wynik". Co premier od Pana usłyszał?

Tylko jaka, Panie Prezydencie? Taka, po której trzeba reagować radością czy umiarkowanym zadowoleniem?

Była taka chwila w ciągu ostatniej doby, kiedy Pan myślał: wstaną od stołu. Wyjadą. Nic z tego nie będzie?

Skuteczny?

Jaka groźba się pojawiła, ponoć oficjalnie?

Pana zdaniem, nie pojawi się w podręcznikach do nauk politycznych pojęcie "polskiej szkoły negocjacji"?

Irytuje Pana bardzo kiedy ktoś mówi po tym szczycie, że albo jest to członkostwo nie wiadomo której, ale nie pierwszej kategorii, albo, że tej szansy nie wykorzystamy?

Nam to się zdarza, Panie Prezydencie?

Ten najważniejszy moment, może ważniejszy od Kopenhagi, za pół roku - podczas referendum. Nie boi się Pan, że w wielu z nas przeważy takie przekonanie: to najważniejsze za nami, teraz spadnie z nas ciśnienie?